— Nie mam, niestety.

— Niech pani spróbuje pochwycić cugle mojego konia i przyprowadzić go ku mnie. Czy pani się nie boi?

Bałabym się dotknąć konia, gdybym była sama, ale gdy mi polecił, byłam gotowa posłuchać. Położyłam mufkę na przełazie i zbliżyłam się do wysokiego rumaka. Starałam się pochwycić uzdę, ale koń, stworzenie uparte, nie pozwalał mi zbliżyć się do swojej głowy. Próbowałam, próbowałam, lecz nadaremnie, a przez cały ten czas śmiertelnie się bałam jego drepcących, przednich nóg. Podróżny czekał i patrzył czas jakiś, aż się w końcu roześmiał.

— Jak widzę — rzekł — góra nie da się sprowadzić do Mahometa, toteż jedyne, co pani może zrobić, to dopomóc Mahometowi, ażeby mógł iść do góry. Muszę panią prosić, żeby pani tu podeszła.

Podeszłam.

— Niech pani wybaczy — mówił dalej — konieczność zmusza mnie do wysługiwania się panią.

Położył ciężką rękę na moim ramieniu i opierając się na mnie dość mocno, kulejąc doszedł do wierzchowca. Raz pochwyciwszy cugle, opanował go od razu i wskoczył na siodło, wykrzywiając się przy tym strasznie, gdyż uraziło to jego zwichniętą nogę.

— A teraz — powiedział, puszczając mocno zębami przygryzioną wargę — niech mi pani jeszcze tylko poda moją szpicrutę. Leży ona tam, pod płotem.

Znalazłam ją i podałam.

— Dziękuję. A teraz niech się pani śpieszy z listem do Hay i wraca jak najprędzej.