A potem rdzenia własnej samotności szukał.

A potem w wyobraźnię, potem w granit stukał,

Aż mu wyjrzał bóg-fetysz z głuchego granitu.

Ten sam, co był w sumieniu i gwiazdach u szczytu,

Ten sam, co jest.

Nieco poglądając dalej,

Czas rozwionie, prawda się w źrenicach zapali,

Otworzy się sklepienia i wzroku budowa.

I oto nagle widzim pierwszą kartę słowa,

Pierwszą widzim literę z harmonii stworzenia,