Nasza Chana kupiła ósemkę losu Polskiej Loterii Państwowej. Jedyna to była bowiem dla Chany szansa wzbogacenia się i co za tym idzie, zdobycia męża.
I los ten, widocznie przez protekcję Dwojry, która już wtedy była u Pana Boga, istotnie wyszedł. Na ósemkę Chany wypadła ogromna suma — dwa tysiące rubli.
Kiedy wiadomość o tym jej szczęściu rozeszła się w miasteczku, już na drugi dzień zjawił się w naszej kuchni szames, drugi po panu Gawronie swat w miasteczku.
— Ja mam dla ciebie partię, Chano — powiedział bez wstępu, a spojrzawszy na nią, dodał wesoło: — Ty, zdaje się, z radości wypiękniałaś...
Prawdę mówiąc, Chana bynajmniej nie wypiękniała, przeciwnie, jej duża twarz stała się jeszcze bardziej czerwona, co jej bynajmniej nie przysparzało urody, ale taka już jest widocznie siła pieniądza, że szames widział teraz Chanę w aureoli ze złota, czyli ściślej mówiąc, z nowiutkich szeleszczących sturublówek...
— Tak, tak — powtórzył — teraz z ciebie jest cała kała81 i ja ci już upatrzyłem męża.
— A któż on jest taki? — szepnęła wstydliwie Chana.
— Kto on taki? — powtórzył szames. — Nigdy nie zgadniesz! On nie jest robotnik, on nie jest tragarz, on nie jest z byle jakiej rodziny, on nie jest brzydki... Wprost przeciwnie! On jest fachowiec, rzemieślnik całą gębą, on pochodzi z dobrej rodziny i on jest chłopiec jak migdał. I w dodatku on nazywa się Kiwa Cukier, więc tobie z nim będzie bardzo słodko. No, co ty na to powiesz?
— Ja nic nie powiem, bo ja go wcale nie znam — odpowiedziała Chana.
— Aj, aj — zdziwił się swat — jak można nie znać Kiwę Guzikarza, to jest Cukiera? Jego przecież zna całe miasteczko, bo on jest pierwszym czeladnikiem krawieckim u pana Dancigera. Ale to nic nie szkodzi, że ty go nie znasz. To nawet dobrze, bo porządna panna nie powinna znać zbyt dużo młodych ludzi. Ja wam urządzę spotkanie u mnie w domu.