— Tu nie o żonę chodzi i o jej choroby — przerwał Kanciaty — tu jest gorsza rzecz z moim sy... synem... oby on się nigdy nie urodził!
— Panie Kanciaty, takie słowa w ustach ojca to jest grzech i obraza boska! — zawołał pan Lewkowicz i spojrzał na portret Elizy Orzeszkowej, jak zawsze, gdy coś na niego wywarło silne wrażenie.
— Panie Lewkowicz, tu stała się ostatnia rzecz... ja mam żal do Pana Boga za to, że mi pozwolił doczekać takiej chwili.
— Niech się pan uspokoi... a potem mi pan opowie, o co idzie... Ja panu przede wszystkim dam laurowych kropel44...
— Nie trzeba mi żadnych babskich leków... ja do pana nie po lekarstwo przychodzę, a po radę...
I wtedy pan Lewkowicz dowiedział się, że do Kanciatych przyszedł list... strasznie powiedzieć... z wojskowego więzienia.
List ten Kanciaty raz już przeczytał, a teraz wspólnie z panem Lewkowiczem zaczęli odczytywać po raz drugi.
I chociaż w tym liście Dawid wił się jak piskorz, kłamliwymi słowami jak brudnymi łachami osłaniał nagą prawdę, obrzydliwą czułostkowością usiłował otumanić ojca, jasny i niezbity pozostał fakt, że Dawid okradł w koszarach drugiego żołnierza, później zaś, usiłując widocznie pozorami oburzenia ratować sytuację, pobił pełniącego swą służbę podoficera.
W końcu listu Dawid donosił, że dowódcą ich pułku jest pułkownik Lucjan Żegota, i zapytywał, czy to nie jest ten sam porucznik Żegota, o którym w dzieciństwie opowiadał mu ojciec. Więcej o tym pułkowniku nie pisał, obawiając się widocznie cenzury więziennej.
Mendel Kanciaty służył w swoim czasie w armii rosyjskiej. Bezpośrednim jego zwierzchnikiem był Polak, porucznik Lucjan Żegota. Pan porucznik tak sobie upodobał sprytnego, przystojnego i uczciwego żydowskiego chłopca, że – fakt bardzo rzadki — wziął go na ordynansa.