Nikt się nie odezwał.

Przekroczyłem próg.

Zgrzybiały starzec o śnieżnych włosach siedział w fotelu o wysokich poręczach.

Na szmer kroków naszych podniósł głowę.

— Nie wiem, kim jesteś, czcigodny panie — rzekł głosem słabym, niepewnym, starczym — ale witam cię uprzejmie. Proszę, usiądź pan. Zaraz nadejdzie córka moja i spyta czym panu możemy służyć.

Przystąpiłem doń i ukląkłem.

— Nie znasz mnie, panie? — spytałem ujmując jego dłoń.

— Nie, nie znam! — odparł patrząc w mą brodatą twarz. — Oczy mi osłabły całkiem. Ale mimo to wydaje mi się, żem cię ongiś widywał, panie. Któż jesteś?

Nie mogąc wytrzymać wybuchnąłem płaczem.

— Gdzież się to podziała córka moja? — mruknął starzec. — Uspokójcież się, drogi panie! — dodał. — Jeśli cię spotkało nieszczęście, a będę w stanie dopomóc, to uczynię to jak najchętniej! Córka moja zaraz wróci i rozmówi się z panem.