Spotykałem samych nieznanych ludzi i dziwiło mnie to bardzo. Spodziewałem się zastać tu rówieśników swoich, a zapomniałem całkiem, iż ci, młodzi ongiś ludzie, dziś liczą lat pięćdziesiąt pięć i chylą się ku starości.
W końcu stanąłem przed znanym dobrze domem.
— Piętaszku! — powiedziałem wzruszony, kładąc dłoń na klamce. — Tutaj mieszkał ongiś ojciec mój!
— Czy ojciec żyć jeszcze? — spytał z cicha, składając ręce.
— Głos wewnętrzny powiada mi — odparłem — że Bóg raczy nam użyczyć radości powitania się jeszcze tu, na ziemi.
To rzekłszy otwarłem drzwi i wszedłem.
W wąskiej sieni stały te same, stare szafy, ta sama woń przepajała wszystko, toteż uczułem się na nowo dzieckiem... młodzieńcem.
W izbie mieszkalnej tykał głośno, powoli znany mi dobrze zegar wahadłowy. Słyszałem go doskonale przez zamknięte drzwi.
Bezwiednie chwyciłem ramię mego towarzysza. Zdjęliśmy kapelusze.
Otworzyłem cicho... całkiem cicho...