Na środku drogi nęcił nasze oczy.

Jak jodła wierzchem, co w niebo powiewa,

Stopniowo zwęża gałęzi koronę;

Drzewo to rosło od ziemi zwężone,

Aby nikt, myślę, nie czepiał się po niem.

Jak strumień z góry wytryska nad błoniem,

Z głazu, co nasze zamykał nam iście,

Tryskała wilgoć i dżdżyła na liście.

Dwaj się poeci ku drzewu zbliżyli,

Wtem głos ze środka liści zaświergoce: