Ta w cieniu góry skryta przed gorącem
Parą nie mogła wznieść się ponad błonie.
Mistrz mój na trawach złożył obie dłonie,
Odgadłem zamysł i łzą, co przecieka
Z duszy skruszonej przez oczy człowieka,
Spłukane lic mych daję mu jagody.
W ten czas mistrz krytą pod piekła zasłoną
Ujrzał mej twarzy barwę przyrodzoną.
I wnet przyszliśmy nad brzeg pusty wody,
Co nie widziała snadź nigdy żeglarzy,