na dużego faceta z teczką, który
przerwał dobrze opłacany marsz
przed Deutsches Nationaltheater,
żeby zmierzyć moje zwisające,
bezczynne ręce. Robi to okiem
kogoś, kto ma na zbyciu dwa solidne
wiosła, i ostatecznie może mi je
sprzedać za pół ceny, a nawet,
jeśli posiedzę tu dostatecznie długo,
oddać za darmo. Jest 1984 rok,