nadjeżdża chylący się ku upadkowi autobus,

wzbogacając to moje wszystko o trochę czerwieni.

Jeżeli nic, poza jej ubraniem, nie chce

ze mną rozsądnie pogadać, to znaczy,

że nie czytała. Albo nie lubi. Trudno,

pójdę całować żaby gdzie indziej.

Złorzeczę i podchodzę do krawężnika, myśląc

o nieodpartej potrzebie czynienia dobra,

zmuszającej nas do robienia różnych głupot,

i błogosławię twarze po drugiej stronie,