Ale ten przebiegły i praktyczny mężczyzna był niemal półgłówkiem, gdy pozostawiano go wyłącznie jego życiu uczuciowemu. Uwielbiał Connie, była jego żoną, istotą wyższą, uwielbiał ją z osobliwym, tchórzliwym bałwochwalstwem, jak dziki; uwielbienie to opierało się na olbrzymim lęku, a nawet na nienawiści wobec potęgi bożka, bożka, którego się bał. Jedynym, czego pragnął, było, aby Connie poprzysięgła na wszystko, że go nie opuści, że go nie pozostawi na łasce losu.

— Cliffordzie — powiedziała do niego (ale było to już wtedy, kiedy miała klucz od szałasu) — czy naprawdę byłbyś zadowolony, gdybym miała dziecko?

Clifford spojrzał na nią z wyrazem ukrytego zaniepokojenia w wypukłych, bladych oczach.

— Nie miałbym nic przeciwko temu, jeśliby to niczego nie zmieniło między nami — odpowiedział.

— Pod jakim względem nie zmieniło? — zapytała Connie.

— Co do ciebie i mnie. Co do naszej wzajemnej miłości. Gdyby to miało jej dotknąć, byłbym stanowczo przeciwny. Ostatecznie może i ja będę mógł mieć kiedyś dziecko.

Connie spojrzała na niego zdumiona.

— Chcę przez to powiedzieć, że zdolność ta może mi kiedyś powrócić.

Wlepiła w niego wzrok, ciągle jeszcze zdumiona, a Clifford zmieszał się.

— Nie byłbyś więc zadowolony, gdybym miała dziecko? — zapytała Connie.