— Powiadam ci przecież — odpowiedział Clifford szybko, jak zaszczuty pies — zgadzam się w zupełności, pod warunkiem, że to nie dotknie twojej miłości do mnie. Gdyby to miało jej dotknąć, byłbym stanowczo przeciwny.

Connie mogła tylko milczeć, milczeć w zimnym lęku i pogardzie. Takie słowa były naprawdę bełkotem półgłówka. Nie wiedział już, co mówi.

— O, moich uczuć do ciebie to zupełnie nie zmieni — rzekła z niejakim szyderstwem.

— Widzisz! — zawołał Clifford. — O to przecież idzie! W takim razie nie mam nic przeciwko temu. Zdaje mi się, że byłaby to niezmiernie miła rzecz mieć w domu biegające po pokojach dziecko i czuć, że się dla niego tworzy przyszłość. Miałbym wówczas coś, co stanowiłoby cel moich wysiłków, i wiedziałbym, że to twoje dziecko, prawda, kochanie? I byłoby to zupełnie tak, jakby ono było moim dzieckiem. Gdyż o ciebie tu idzie. Wiesz o tym przecież, prawda, kochanie? Ja w tym nie odgrywam roli, ja nie wchodzę w rachubę. Jeżeli idzie o życie, ty jesteś owym wielkim „Jam jest!”. Wiesz przecież o tym, prawda? To znaczy, o ile to mnie dotyczy. To znaczy, że bez ciebie jestem absolutnym zerem. Żyję dla ciebie i dla twej przyszłości. Dla siebie samego jestem niczym.

Connie słuchała tego wszystkiego z głęboką odrazą i niechęcią. Była to jedna z owych przeraźliwych półprawd, jakie zatruwały byt ludzki. Który mężczyzna o zdrowym rozumie mówiłby takie rzeczy swojej żonie! Ale mężczyźni nie posiadają zdrowego rozumu. Który mężczyzna, posiadający iskierkę honoru, narzuciłby kobiecie to przeraźliwe brzemię odpowiedzialności życiowej, a potem pozostawiłby ją samą, w olbrzymiej pustce?

Na domiar w pół godziny później usłyszała Connie, jak Clifford rozmawiał ochrypłym, podnieconym głosem z panią Bolton i wywnętrzał się przy tym przed tą kobietą z pewnego rodzaju beznamiętną namiętnością, jak gdyby była na wpół jego kochanką, na wpół piastunką. A pani Bolton ubrała go starannie we frak, gdyż w domu bawili ważni goście.

W owym czasie Connie miewała niekiedy naprawdę wrażenie, że umrze. Czuła, że niesamowite kłamstwa i zdumiewające okrucieństwo idiotyzmu pchało ją w objęcia śmierci. Dziwne zainteresowanie Clifforda dla kwestii przemysłowych budziło w niej jakieś obawy, a wyznanie jego uwielbienia napawało ją paniczną grozą. Nie było między nimi nic. Nie miała już z nim nawet kontaktu, ani on z nią. W owych dniach nie ujął nawet nigdy jej dłoni i nie potrzymał jej serdecznie. Nie, a że byli oboje tak zupełnie bez kontaktu, tym bardziej dręczyło ją to wyznanie bałwochwalstwa. Było to okrucieństwo zupełnej impotencji, a Connie miała wrażenie, że musi stracić rozum albo umrzeć.

W miarę możności chroniła się do lasu. Pewnego popołudnia, kiedy siedziała w zadumie i przyglądała się tryskającej chłodno wodzie Źródła Świętojańskiego, podszedł do niej leśniczy.

— Kazałem zrobić dla jaśnie pani klucz! — rzekł, salutując i podając go jej.

— Dziękuję panu bardzo! — odpowiedziała Connie, ocknąwszy się z zamyślenia.