— Szałas nie jest zupełnie w porządku, ale mam nadzieję, że to pani nie będzie raziło — rzekł leśniczy. — Posprzątałem, co mogłem.
— Nie chciałam pana przecież fatygować!
— O, to nie fatyga. Mniej więcej za tydzień będę sadzał kokoszki na jajach. Nie przestraszy się ich pani. Będę musiał zaglądać rano i wieczorem, ale nie będę pani przeszkadzał bardziej, niż to konieczne.
— Nie będzie mi pan wcale przeszkadzał — zaoponowała Connie. — Wolałabym w ogóle nie chodzić do szałasu, gdybym pana miała krępować.
Leśniczy spojrzał na nią bystrymi, niebieskimi oczyma. Wydawał się uprzejmy, ale daleki. Był jednak przynajmniej przytomny i zdrowy, chociaż wyglądał źle i wychudł. Dręczył go kaszel.
— Kaszle pan — rzekła Connie.
— To nic: przeziębienie! Od ostatniego zapalenia płuc kaszlę stale trochę, ale to nic ważnego.
Trzymał się od niej z daleka i nie chciał się zbliżyć.
Chodziła dość często do szałasu, przed południem albo i po południu, ale jego tam nigdy nie było. Niewątpliwie rozmyślnie schodził jej z drogi. Chciał zachować swoje odosobnienie.
Uprzątnął szałas, podsunął mały stół i krzesło do kominka, naszykował niewielką kupkę wiórów i małych polan, a narzędzia i potrzaski odstawił możliwie najdalej: niejako zatarł swoje ślady. Poza szałasem, na skraju polany, ustawił niski daszek z gałęzi i słomy, schronisko dla ptaków, pod którym stało pięć kojców. A pewnego dnia, gdy Connie przyszła na to miejsce, ujrzała dwie kokoszki, siedzące czujnie i gniewnie w kojcach. Wysiadywały bażancie jaja, pyszniły się dumnie i rozpalone były żarem krwi samic w okresie wylęgania. Widok ten zranił serce Connie. Ona sama była tak bezradna i tak bezużyteczna, tak zupełnie niekobieca, po prostu jak przedmiot o przeraźliwych odruchach.