Connie i Clifford żyli już od dwóch blisko lat we Wragby, nieokreślonym życiem, obracającym się dokoła Clifforda i jego pracy. Zainteresowania ich nigdy nie przestały zbiegać się nad jego dziełem. Mówili i zmagali się w boleściach tworzenia i mieli wrażenie, jak gdyby się coś działo, jak gdyby się naprawdę coś działo, w próżni.
I tak dalece było to życiem: w próżni. Poza tym był to niebyt. Istniało Wragby i istniała służba... ale istniały upiornie, nierzeczywiście. Connie odbywała spacery w parku i w laskach przylegających do parku, rozkoszowała się samotnością i tajemniczością, trącała stopą brunatne liście jesieni i zrywała prymulki wiosny. Ale wszystko to działo się we śnie; a raczej było to niby odbicie rzeczywistości. Liście dębowe były dla niej niby liście dębowe widziane w lustrze, ona sama była postacią, o której ktoś czytał, i zrywała pierwiosnki, które były tylko cieniami albo wspomnieniami, albo słowami. Ani one, ani cokolwiek innego nie miało substancji... nie było zetknięcia, nie było kontaktu! Tylko to życie z Cliffordem, to bezgraniczne snucie nici mózgowej tkaniny, te notatki świadomości, te opowiadania, o których Sir Malcolm powiedział, że w nich nic nie ma i że nie będą one trwałe. Dlaczego miało w nich coś być, dlaczego miały być trwałe? Na jeden dzień wystarczy zło jednego dnia. Na jedną chwilę wystarczy pozór rzeczywistości.
Clifford posiadał sporo przyjaciół, a raczej znajomych, i zapraszał ich do Wragby. Zapraszał najrozmaitszych ludzi, krytyków i pisarzy, ludzi, którzy mogli dopomagać w wychwalaniu jego książek. Im zaś schlebiało, że zapraszano ich do Wragby, i chwalili. Connie doskonale to rozumiała. Ale dlaczego nie? Był to jeden z przelotnych obrazów w zwierciadle. Cóż w tym było złego?
Była panią domu dla tych gości, przeważnie mężczyzn. Była też panią domu dla zjawiających się niekiedy krewnych Clifforda. Ponieważ była istotą miękką, rumianą, o wiejskim wyglądzie, skłonną do piegów, miała wielkie, niebieskie oczy, kędzierzawe brunatne włosy, miękki głos i dość silne, kobiece biodra, uważano ją za nieco staromodną i „zbabiałą”. Nie była „śledziowatą rybą” o kształtach chłopięcych, z płaską piersią i małym pośladkiem. Była zbyt kobieca, aby być zupełnie szykowną.
Toteż mężczyźni, szczególnie niezbyt młodzi, byli dla niej naprawdę bardzo uprzejmi. Connie wiedziała jednak, jakie męki przeżywałby Clifford za najlżejszą oznaką jej flirtu, więc nie zachęcała ich zupełnie. Była spokojna i niezdecydowana, nie miała z nimi kontaktu i nie pragnęła go mieć. Clifford był z siebie niezwykle dumny.
Krewni jego traktowali ją nader uprzejmie. Wiedziała, że uprzejmość ta świadczyła o braku lęku i że ludzie ci nie mają szacunku dla człowieka, który nie potrafi zastraszyć ich trochę. Ale i z nimi nie miała kontaktu. Pozwalała im zachowywać się uprzejmie i z lekka wzgardliwie, dawała im wyczuć, że nie potrzebują chować sztyletu w zanadrzu. Nie miała z nimi rzeczywistej styczności.
Czas mijał. Cokolwiek się działo, nie działo się nic, ponieważ ona była tak cudownie pozbawiona kontaktu. Ona i Clifford żyli swymi ideami i jego książkami. Przyjmowała gości, zawsze ktoś był w ich domu. Czas posuwał się naprzód jak zegar, następowało pół do dziewiątej zamiast pół do ósmej.
Rozdział trzeci
Connie doznawała jednakże wzrastającego niepokoju. Brak kontaktu rodził w niej zaniepokojenie, które ogarniało ją jak obłęd. Członki jej wzdrygały się, kiedy nie chciała, aby się wzdrygały, grzbiet jej podrywał się, kiedy nie pragnęła go wcale wyprostować, lecz wolałaby raczej wygodnie spoczywać. Uczucie to przenikało jej ciało, jej łono, aż ogarniało ją wrażenie, że powinna by skoczyć w wodę i płynąć, aby uciec od tego; był to obłędny niepokój. Budził w niej bez powodu silne bicie serca, sprawiał, że Connie chudła.
Był to po prostu brak spokoju. Uciekała nagle przez park, pozostawiając Clifforda samego, i rozciągała się pośród paproci. Tylko uciec od domu... musiała uciekać od domu i od ludzi. Las był jej jedynym schronieniem, jej sanktuarium.