I on z dziwną przyjemnością przyglądał się pisklętom.
Connie przykucnęła przed ostatnim kojcem. Troje piskląt wbiegło do środka. Ale zuchwałe główki ciągle jeszcze wyglądały spod żółtego pierza matek, potem cofnęły się, potem jeszcze jedna główka o perłowych oczach wynurzyła się spod olbrzymiego ciała matki.
— Bardzo bym chciała dotknąć ich — rzekła Connie i lękliwie wsadziła palec przez pręty klatki.
Ale kokosz gniewnie dziobnęła w stronę jej ręki, i Connie cofnęła ją zaskoczona i wystraszona.
— Jak ona mnie dziobie! Nienawidzi mnie! — rzekła zdziwiona. — A ja bym im przecież nic złego nie zrobiła.
Mężczyzna, który stał pochylony nad nią, przykucnął obok niej na piętach i ze spokojną pewnością siebie wsadził rękę do klatki. Stara kokosz dziobnęła w jego stronę, ale nie tak gwałtownie. Powoli, delikatnie, pewnymi, ostrożnymi palcami pomacał między piórami starego ptaka i wyciągnął w zamkniętej dłoni piszczące cicho pisklę.
— Proszę! — rzekł i podsunął jej swoją rękę.
Connie ujęła w dłonie żółto-brunatne maleństwo; stało na niewiarogodnie maleńkich nóżkach, jak na patyczkach, atom tego chwiejnego życia drżał poprzez nieważkie niemal nóżki aż do rąk Connie. Ale uniosło odważnie śliczną, kształtną główkę, rozejrzało się bystro dokoła i zapiszczało cicho.
— Jakie słodkie! Jakie dzielne! — rzekła Connie cicho.
Leśniczy, który przykucnął obok niej, również z wesołą miną obserwował dzielnego ptaszka w jej rękach. Nagle ujrzał, jak na przegub jej dłoni spadła łza.