Wstał szybko i odszedł na bok, zbliżając się do drugiego kojca. Uświadomił sobie bowiem nagle, że dawny płomień wybuchnął w jego lędźwiach i pomknął ku górze, ów płomień, o którym sądził, że uspokoił się na zawsze. Walczył z tym, odwracał się od kobiety. Ale płomień posuwał się dalej, posuwał się ku dołowi i krążył w jego kolanach.
Odwrócił się znowu do niej, aby na nią spojrzeć. Klęczała, wyciągając powoli ręce ku przodowi, na oślep, byle pisklątko mogło wrócić do matki. I było w niej coś tak niemego i bezradnego, że w trzewiach jego zapłonęła litość.
Nie zdając sobie z tego sprawy, podszedł do niej szybko, i przykucnąwszy znowu obok niej, wziął pisklę z jej rąk, gdyż Connie bała się kury, i wsadził je z powrotem do kojca. W lędźwiach jego płomień wybuchnął nagle ze zwiększoną siłą.
Spojrzał na nią podejrzliwie. Twarz miała odwróconą i płakała bez pohamowania w trwożliwej męce bezradności całego swego pokolenia. Serce jego stopniało nagle jak kropla w ogniu, wyciągnął rękę i położył palce na jej kolanie.
— Niech pani nie płacze — rzekł łagodnie.
Ale ona zakryła nagle twarz rękoma i uczuła, że serce jej naprawdę było złamane i że na niczym już jej nie zależało.
Mellors dotknął jej ramienia, potem ręka jego poczęła powoli i łagodnie posuwać się w dół ku zgięciu jej grzbietu, po omacku, ruchem ślepo głaszczącym, ku zgięciu jej przykucniętych bioder. I łagodnie, łagodnie głaskała jego dłoń krzywiznę jej boku, w ślepej, instynktownej pieszczocie.
Znalazła wreszcie maleńką chusteczkę do nosa i niezręcznie starała się wytrzeć twarz.
— Może pani wejdzie do szałasu? — zapytał leśniczy spokojnym głosem bez wyrazu.
I lekko ujmując dłonią jej przedramię, uniósł ją w górę i poprowadził wolno do szałasu, nie wypuszczając jej, aż się znaleźli w środku. Potem odsunął na bok stół i krzesło, wyjął ze skrzynki z narzędziami koc wojskowy i rozłożył go wolno na podłodze. Connie spoglądała na jego twarz, stojąc w miejscu nieruchomo.