Twarz jego była blada i bez wyrazu, jak twarz człowieka, który poddaje się swemu losowi.
— Połóż się — powiedział cicho i zamknął drzwi, tak że zrobiło się ciemno, całkiem ciemno.
Z dziwnym posłuszeństwem położyła się na kocu. Wtedy poczuła miękką dłoń, po omacku, z bezradną pożądliwością dotykającą jej ciała, szukającą jej twarzy. Dłoń głaskała jej twarz delikatnie, delikatnie, nieskończenie kojąco, upewniająco, a w końcu na policzku poczuła lekki dotyk pocałunku.
Leżała nieruchomo, pogrążona w czymś w rodzaju snu. Potem zadrżała, gdy poczuła, jak jego dłoń delikatnie, acz z dziwną niezdarnością szpera wśród jej ubrań. Dłoń wiedziała jednak też, jak rozebrać ją tam, gdzie chciała. Powoli, ostrożnie zsunął z niej cienką jedwabną materię aż do stóp. Potem z drżeniem wykwintnej przyjemności dotknął ciepłego, miękkiego ciała i przez chwilę całował jej pępek. Musiał natychmiast w nią wejść, by poczuć spokój jej miękkiego, spokojnego ciała. To był dla niego moment czystego spokoju, wejście w ciało kobiety.
Leżała nieruchomo, w pewnego rodzaju śnie, ciągle jak we śnie. Aktywność, orgazm należały do niego, były tylko jego; nie mogła już więcej zadbać o siebie. Nawet ciasny uścisk jego ramion wokół niej, nawet intensywny ruch jego ciała i wytrysk jego nasienia w niej były rodzajem snu, z którego nie zaczęła się budzić, dopóki nie skończył i nie położył się, dysząc cicho, przy jej piersi.
Potem zastanawiała się, tylko mgliście zastanawiała się: dlaczego? Dlaczego było to konieczne? Dlaczego zdjęło to z niej wielką chmurę i dało jej spokój? Czy to było prawdziwe? Czy było prawdziwe?
Jej udręczony mózg nowoczesnej kobiety wciąż nie dawał jej spokoju. Czy to było prawdziwe? Wiedziała, że jeśli odda się mężczyźnie, będzie to realne. Ale jeśli zatrzymała siebie dla siebie, to było nic. Była stara; czuła, że ma miliony lat. W końcu nie mogła już dłużej dźwigać ciężaru samej siebie. Można ją było wziąć. Była do wzięcia.
Mężczyzna leżał w tajemniczym bezruchu. Co czuł? O czym myślał? Nie wiedziała. Był dla niej obcym człowiekiem, nie znała go. Musiała tylko czekać, bo nie odważyła się przerwać jego tajemniczego bezruchu. Leżał tam, obejmując ją ramionami, jego ciało na jej, jego mokre ciało dotykało jej, tak blisko. Zupełnie nieznany. Ale nie niespokojny. Jego bezruch był spokojny.
Wiedziała o tym, gdy w końcu obudził się i odsunął od niej. To było jak porzucenie. W ciemności ściągnął jej sukienkę przez kolana i stał kilka chwil, najwyraźniej poprawiając swoje ubranie. Potem cicho otworzył drzwi i wyszedł.
Connie ujrzała bardzo jasny księżyc, połyskujący ponad zorzą wieczorną za wierzchołkami dębów. Wstała szybko i doprowadziła się do porządku. Potem podeszła do drzwi szałasu.