— Jaśnie pani może urządzić u siebie bardzo miłą herbatkę, a pani Flint nie będzie się czuła tak skrępowana, jak w obecności Sir Clifforda — wtrąciła pani Bolton.
Była pewna, że Connie ma kochanka, i jakiś głos w niej triumfował. Ale kto to był? Kto to był? Może pani Flint udzieli jej jakiejś wskazówki.
Tego wieczora Connie nie chciała się kąpać. Uczucie dotknięcia jego ciała, nawet jego potu, było jej drogie i w pewnym sensie święte.
Clifford był bardzo zaniepokojony. Nie chciał jej puścić po kolacji, a ona tak bardzo pragnęła być sama. Rzuciła na niego okiem, ale była dziwnie posłuszna.
— Zagramy w coś czy mam ci coś przeczytać, albo też będziemy robili coś innego? — zapytał Clifford niepewnym głosem.
— Przeczytaj mi coś — rzekła Connie.
— Co ci mam czytać: wiersze czy prozę? Albo jakiś dramat?
— Czytaj mi Racine’a.
Czytanie Racine’a w prawdziwym, wielkim stylu francuskim było dawniej jedną z jego popisowych sztuk. Teraz jednak był nieco zaskorupiały, nieco zakłopotany; wolał tak naprawdę głośnik radiowy. Ale Connie szyła, szyła małą sukienkę barwy sasanek, przykrojoną dla dziecka pani Flint z jakiejś starej sukni. Przykroiła ją przed kolacją, a teraz siedziała w łagodnym, uspokojonym zachwyceniu, słuchając czytania.
W głębi swego jestestwa słyszała poszum namiętności, niby echo głębokich dzwonów.