— Tak, cieszę się, że tam poszłam, to takie dziwne, słodkie, śmiałe dzieciątko, Cliffordzie — rzekła Connie. — Włoski ma zupełnie jak pajęczyna, koloru jasnopomarańczowego. I ma najdziwniejsze, najodważniejsze, bladoniebieskie, porcelanowe oczęta. Naturalnie, że to dziewczynka, inaczej nie byłaby taka nieustraszona, bardziej nieustraszona niż jakiś mały Sir Francis Drake56.
— Jaśnie pani ma rację, prawdziwe małe Flinciątko. Oni wszyscy byli zawsze zuchwali, zapaleńcy — rzekła pani Bolton.
— Nie chciałbyś jej zobaczyć, Cliffordzie? Zaprosiłam panią Flint na herbatę, żebyś mógł zobaczyć jej małą.
— Kogo? — zapytał Clifford, spoglądając na Connie w najwyższym zakłopotaniu.
— Panią Flint i jej dziecko, na najbliższy poniedziałek.
— Możesz im podać herbatę na górze, w swoim pokoju — odpowiedział Clifford.
— Więc nie chcesz zobaczyć dziecka? — zawołała Connie.
— O, owszem, chcę je zobaczyć, ale nie chcę siedzieć z nimi przez godzinę przy stole.
— Ach, tak — rzekła Connie i spojrzała na niego wielkimi, przesłoniętymi oczyma.
W istocie nie widziała jego, był to ktoś inny.