Nie namiętność była tu dla niej nowa, ale owo tęskne uwielbienie. Wiedziała, że zawsze się tego obawiała, gdyż uczucie to czyniło ją bezradną; obawiała się ciągle jeszcze, bo gdyby go zanadto uwielbiała, zatraciłaby siebie samą, zgasłaby, a zgasnąć nie chciała, nie chciała się stać niewolnicą, jak dzika kobieta. Nie wolno jej było stać się niewolnicą. Lękała się swego uwielbienia, a jednak nie chciała zacząć z nim zaraz walki. Wiedziała, że potrafiłaby je zmóc. Miała w piersi diabelski upór, który potrafiłby zmóc nieograniczone, pełne, wezbrane uwielbienie w jej łonie, potrafiłby je zdusić; mogłaby — tak przynajmniej sądziła — uczynić to nawet teraz jeszcze. I mogłaby wówczas z własnej woli poddać się znowu swojej namiętności.

Ach, tak, być namiętną jak bachantka, jak szalejąca po lasach menada, wzywać Iakchosa55, wspaniałego Phallusa, który nie miał poza sobą niezależnej osobowości, lecz był czystym bogiem-sługą kobiety! Mężczyzna, indywiduum, nie śmiał się do tego mieszać! On był tylko sługą świątyni, nosicielem i strażnikiem wspaniałego Phallusa, jej własności.

W ten sposób w potokach nowego przebudzenia płonęła w niej przez pewien czas dawna namiętność, a mężczyzna skurczył się do rozmiarów niepozornego przedmiotu, do roli nosiciela Phallusa, którego się rozrywało na sztuki, gdy tylko spełnił swoją służbę. Czuła w członkach i w ciele siłę bachantki, kobiety, która była niby nagła błyskawica, zabijająca mężczyznę. Ale kiedy to czuła, doznała ciężaru na sercu. Nie chciała tego, było jej to za dobrze znane, było to bezpłodne, bezdzietne; uwielbienie było jej skarbem. Było ono tak niezgłębione, tak miękkie, tak głębokie i tak nieznane! Nie, nie, wolała zrezygnować ze swej surowej, jasnej, kobiecej mocy; przesyciła się nią, zaskorupiła się w niej; chciała się zanurzyć w tej nowej kąpieli życia, w głębinach swego łona i swoich trzewi, śpiewających bezgłośną pieśń uwielbienia. Za wcześnie jeszcze było, aby zacząć się lękać mężczyzny.

— Doszłam aż do Marehay i wypiłam herbatę u pani Flint — powiedziała do Clifforda. — Chciałam sobie obejrzeć ich dziecko. Takie jest czarujące, włoski ma niby czerwona pajęczyna. Co za słodkie maleństwo! Pan Flint wyjechał na jarmark, wypiłyśmy więc herbatę razem, ona i ja, i dziecko. Dziwiłeś się pewnie, że mnie tak długo nie ma?

— Tak, zastanawiałem się nad tym, ale domyśliłem się, że zostałaś gdzieś na herbacie — odpowiedział Clifford zazdrośnie.

Pewnego rodzaju drugim wzrokiem wyczuwał w niej coś nowego, coś zupełnie dla niego niezrozumiałego, ale przypisywał to dziecku. Pomyślał, że Connie cierpi jedynie nad tym, iż nie ma dziecka, iż nie potrafi niejako stworzyć go sobie automatycznie.

— Widziałam jaśnie panią, jak szła przez park do żelaznej furtki — rzekła pani Bolton — myślałam więc, że była pani z wizytą na plebanii.

— Miałam też ten zamiar, ale potem poszłam do Marehay.

Oczy dwóch kobiet spotkały się: oczy pani Bolton — szare, błyszczące i badawcze; oczy Connie — niebieskie, przesłonięte i dziwnie piękne. Pani Bolton była niemal pewna, że Connie ma kochanka, ale jakże to mogło być i kto nim mógł być? Gdzież tu był mężczyzna?

— To bardzo dobrze dla pani, jeżeli pani trochę wychodzi i przebywa w towarzystwie — rzekła pani Bolton. — Jak to powiedziałam przedtem do Sir Clifforda: dla jaśnie pani byłoby niezmiernie dobrze, gdyby się znalazła trochę między ludźmi.