— Nie wiem — powiedział. — Nie wiem.

I wiedziała, że nigdy nie powie jej niczego, czego nie chciałby jej powiedzieć. Obserwowała jego twarz i namiętność do niego budziła się w głębi jej istoty. Broniła się przed tym uczuciem, póki mogła, gdyż oznaczało ono, że wyzbywała się siebie samej.

Mellors włożył kamizelkę i kurtkę i utorował z powrotem drogę na ścieżkę. Ostatnie, poziome niemal promienie słońca padały na las.

— Nie pójdę z tobą — rzekł leśniczy — lepiej nie.

Spojrzała na niego w zadumie, zanim się odwróciła. Pies jego czekał tak lękliwie, aby leśniczy poszedł, a on jakby nie miał nic do powiedzenia. Nic nie pozostało.

Connie poszła wolno do domu, uświadamiając sobie głębie tego nowego uczucia w sobie. Zrodziło się w niej drugie „ja”, płonęło miękko w jej łonie i w jej trzewiach, i tym nowym „ja” uwielbiała go. Uwielbiała go, aż kolana poczęły pod nią drżeć w chodzie. Stapiała się teraz w swoim łonie i w swoich trzewiach i była żywa i wrażliwa, i bezradna w uwielbieniu dla niego, jak najnaiwniejsza kobieta.

„Mam takie wrażenie, jakbym czuła dziecko — powiadała sobie — jakbym czuła w sobie dziecko”.

I tak też było. Jak gdyby łono jej, które było mocno zamknięte, rozwarło się i napełniło nowym życiem, niemal brzemieniem, a jednak rozkoszą.

„Gdybymż miała dziecko — myślała. — Gdybym miała w sobie jego jako dziecko!”

I członki jej jakby stopniały pod tą myślą, i uświadomiła sobie olbrzymią różnicę między darowaniem dziecka sobie samej, a darowaniem dziecka mężczyźnie, za którym tęskniło jej łono. Pierwsza rzecz wydawała się w pewnym sensie normalna. Ale urodzić dziecko mężczyźnie, którego się w głębi duszy i w łonie uwielbiało, to napawało ją uczuciem, że stałaby się zupełnie odmienna od dawnego swego „ja” i niejako zstąpiłaby głęboko, głęboko ku centralnemu punktowi wszelkiej kobiecości, w sen tworzenia.