W półśnie mieszały się jej myśli o Tedzie i o nieznanym kochanku Lady Chatterley, a potem czuła, że dzieliła z tamtą kobietą głęboką nienawiść do Sir Clifforda i do wszystkiego, co on uosabiał. Ale jednocześnie grała z nim w pikietę o sześć pensów. I było dla niej źródłem wielkiego zadowolenia grać w pikietę z baronetem i nawet przegrywać do niego sześciopensówki.

Grali w karty zawsze o pieniądze. Dawało to Cliffordowi zapomnienie. I zazwyczaj on wygrywał. I dzisiejszej nocy wygrywał. Nie zasnął więc wcześniej, aż zajaśniał pierwszy brzask. Na szczęście stało się to o pół do piątej czy około tej godziny.

Connie leżała w łóżku w głębokim śnie. Ale leśniczy nie mógł także zaznać spokoju. Pozamykał kojce i odbył przegląd lasu, potem wrócił do domu i zjadł kolację. Ale nie kładł się. Siedział przy ogniu i myślał.

Myślał o swoich chłopięcych czasach w Tevershall i o pięciu czy sześciu latach swego małżeństwa. Myślał o swojej żonie, myślał o niej zawsze z goryczą. Wydawała mu się taka brutalna! Ale oto nie widział jej od roku 1915, od owej wiosny, kiedy poszedł do wojska. A ona była tutaj, o niespełna trzy mile od niego, jeszcze brutalniejsza, niż dawniej. Spodziewał się, że do końca życia już jej nie zobaczy.

Myślał o swoim życiu żołnierskim na obczyźnie. Indie, Egipt i znowu Indie: ślepe, bezmyślne życie z końmi; pułkownik, który go lubił i którego on lubił; lata, kiedy był oficerem, porucznikiem z bardzo dobrymi widokami awansu na kapitana. Potem śmierć pułkownika na zapalenie płuc, i jak on sam ledwo uniknął śmierci; jego zmarnowane zdrowie; jego głęboki niepokój; wystąpienie z wojska i powrót do Anglii, aby znowu zostać robotnikiem.

Wlókł życie. Sądził, że w tym lesie będzie przynajmniej przez pewien czas bezpieczny. Dotąd nie było jeszcze końca: musiał najpierw wyhodować bażanty. Nie chciał obsługiwać dział. Chciał żyć sam i z dala od ludzi, to było wszystko, czego pragnął. Musiał mieć jakąś podstawę, a to było jego miejsce urodzenia. Nawet matka jego mieszkała tutaj. Co prawda nie miała ona dla niego wielkiego znaczenia. I mógł wieść dalej życie i istnieć dnia na dzień, bez związku i bez nadziei. Gdyż nie wiedział, co z sobą począć.

Nie wiedział, co z sobą począć. Odkąd był przez kilka lat oficerem i wraz z innymi oficerami i urzędnikami państwowymi obracał się w towarzystwie ich żon i rodzin, zatracił ambicję „wybicia się”. Poznał średnią i wyższą klasę: była w nich jakaś nieugiętość, jakaś dziwna, gruboskórna nieugiętość, która po prostu napawała go uczuciem chłodu i obcości.

Powrócił więc do własnej klasy, aby znaleźć tam to, o czym podczas tylu lat swojej nieobecności zapomniał: małostkowość i wulgarność zachowania, które mu były wstrętne. Zrozumiał dopiero teraz, jak ważne było dobre wychowanie. I zrozumiał, jak ważne było udawać choćby, że człowiekowi nie zależało na pół pensie albo na jakimś drobiazgu życia. Ale ludzie z ludu nie umieli tego udawać. Grosz mniej czy więcej na słoninie był rzeczą ważniejszą niż zmiana w Ewangelii. Nie mógł tego znieść.

A potem te wieczne spory o wynagrodzenie. Ponieważ żył pośród klasy posiadającej, wiedział, jak zupełnie beznadziejnym było spodziewać się rozwiązania kwestii płacy. Nie było innego rozwiązania, prócz chyba śmierci. Jedyna mądrość, to nic sobie z tego nie robić, nic sobie nie robić z wynagrodzenia.

Ale jeżeli się było biedakiem, nędzarzem, trzeba sobie było coś z tego robić. W każdym razie stało się to jedyną rzeczą, z której sobie ludzie coś robili. Troska o pieniądze była niby olbrzymi rak, który toczył jednostki wszystkich klas. On sam wzbraniał się przed przejmowaniem się kwestią pieniężną.