A cóż pozostawało poza tym? Co dawało życie, poza troskami pieniężnymi? Nic.

W każdym razie mógł żyć sam, z niewielkim zadośćuczynieniem, że jest sam; mógł hodować bażanty, aby je w końcu nażarci panowie zastrzelili po śniadaniu. Wszystko było bezcelowe, bezcelowe w entej potędze.

Lecz po co się martwić, po co się troszczyć? I dotychczas nie martwił się, nie troszczył. Aż ta kobieta wkroczyła w jego życie. Był prawie o dziesięć lat starszy od niej. A pod względem doświadczenia był od niej tysiąc razy starszy, ponieważ zaczął od dołu. Łączące ich więzy stawały się coraz ciaśniejsze. Mógł już przewidzieć dzień, gdy wszystko zazębi się zupełnie i wtedy będą musieli stworzyć z tego wspólne życie. „Gdyż trudno jest zerwać więzy miłości!”

I co wtedy? Co wtedy? Czy musiał znowu zaczynać bez niczego, z czym można by zacząć? Czy musiał wciągać w to tę kobietę? Czy musiał toczyć przeraźliwą walkę z jej mężem? I także pewnego rodzaju przeraźliwą walkę ze swoją brutalną żoną, która go nienawidziła? Co za okropność! Co za straszliwa okropność! I nie był już młody, a tylko zgłodniały życia. Nie posiadał też beztroskiego, obojętnego usposobienia. Każda gorycz i każda szpetota zraniłaby go: jego i ją!

Ale gdyby się nawet oboje wyzwolili od Sir Clifforda i od jego żony, nawet gdyby się wyzwolili, co mieli począć? Co począłby on sam? Co miał zrobić ze swoim życiem? Bo coś przecież zrobić musiał. Nie mógł być tylko darmozjadem, żyć z jej pieniędzy i swojej małej emerytury.

Zadanie było nierozwiązalne. Nie przychodziło mu na myśl nic innego, jak tylko, że mógłby pojechać do Ameryki, aby zakosztować nowego powietrza. Nie pokładał najmniejszej wiary w dolarze. Ale może, może było tam coś innego jeszcze.

Nie mógł znaleźć spokoju albo przynajmniej położyć się do łóżka. Przesiedziawszy do północy w wichurze gorzkich myśli, wstał nagle i sięgnął po kurtkę i fuzję.

— Chodź, stara — rzekł do suki. — Nam jest najlepiej w lesie.

Noc była gwiaździsta, ale bezksiężycowa. Rozpoczął powolny, sumienny, cichy i potajemny obchód. Jedyne, z czym musiał walczyć, były to potrzaski na króliki, jakie zastawiali górnicy, zwłaszcza ze Stacks Gate, niedaleko Marehay. Był to okres pomiotu, ale górnicy nawet na to nie zważali. Tym niemniej potajemny obchód w poszukiwaniu kłusowników uspokoił jego nerwy i odciągnął jego myśli od poprzedniego przedmiotu.

Ale kiedy zbliżał się ku końcowi powolnego, ostrożnego obchodu — była to przestrzeń blisko pięciu mil — uczuł się zmęczony. Wszedł na wierzchołek wzgórza i rozejrzał się. Ani dźwięku nie było słychać poza słabo rozbrzemiwającym warkotem kopalni Stacks Gate, która nigdy nie przerywała pracy. I prawie nie widać było świateł, poza szeregami elektrycznych lamp przy kopalniach. Świat leżał we śnie, ciemny i dyszący. Było pół do trzeciej. Ale nawet we śnie był to świat niespokojny, okrutny, poruszał się on we wrzawie pociągu albo wielkiego auta ciężarowego na szosie i drgał w czerwonawej błyskawicy wielkiego pieca hutniczego. Był to świat żelaza i węgla, okrucieństwa żelaza i wyziewów węgla, i bezgranicznej, bezgranicznej chciwości, która była bodźcem tego wszystkiego. Tylko chciwość, chciwość, poruszająca się we śnie.