Było zimno, leśniczy kaszlał. Delikatny, zimny wiatr powiewał nad szczytem. Pomyślał o owej kobiecie. Teraz oddałby wszystko, co posiadał albo miał kiedykolwiek posiadać, za to, aby ją trzymać gorąco w swoich ramionach, aby otuleni w jedną kołdrę mogli spać razem. Wszystkie nadzieje wieczności i wszystkie zdobycze przeszłości oddałby za to, aby ją mieć przy sobie, być z nią spowitym ciepło w jedną kołdrę i spać, tylko spać. Sen z tą kobietą w jego ramionach wydawał mu się jedyną koniecznością.
Poszedł do szałasu, owinął się w wełniany koc i położył się na ziemi, żeby zasnąć. Ale nie mógł spać, było mu zimno. A przy tym odczuwał okrutnie swoją niedoskonałość. Gorzko odczuwał swoje osamotnienie. Pragnął jej, aby ją móc dotykać, aby ją przycisnąć mocno do siebie w chwili upojenia i snu.
Wstał znowu i opuścił szałas, tym razem w kierunku furtki parkowej, potem ruszył wolno ścieżką ku jej domowi. Była godzina blisko czwarta, ciągle jeszcze panował zmrok i chłód, ani śladu brzasku porannego. Był tak przyzwyczajony do ciemności, że widział doskonale.
Powoli, powoli przyciągał go wielki dom jak magnes. Chciał być blisko niej. Nie było to pożądanie, nie, nie to. Było to okrutne uczucie samotności, które pragnęło ułożonej cicho w jego ramionach kobiety. Gdzie mógł ją odszukać? Może zdołałby ją nawet zawołać albo znaleźć do niej drogę, gdyż niedola jego była przemożna.
Powoli i cicho wchodził po zboczu ku domowi. Potem znalazł się pod wielkimi drzewami na dojazdowej drodze, zataczającej olbrzymi łuk wokół murawy przed wejściem. Mógł już odróżnić dwa wielkie buki stojące na tej dużej płaszczyźnie przed domem i wznoszące się ciemno w ciemnym powietrzu.
Oto był dom, niski i wielki, i ciemny, tylko na parterze paliło się samotne światło w pokoju Sir Clifforda. Ale w którym pokoju była ona, kobieta trzymająca drugi koniec słabej nici pociągającej go tak bezlitośnie — tego nie wiedział.
Zbliżył się jeszcze bardziej, z fuzją w ręku, i stanął nieruchomo pośrodku drogi, przyglądając się domowi. Może zdołałby ją nawet teraz znaleźć i dostać się do niej w jakiś sposób. Dom nie był nieprzystępny, a on posiadał przebiegłość i zręczność włamywacza. Czemu nie wejść do niej? Stał nieruchomo, wyczekująco, podczas gdy ranek poczynał świtać za nim słabo i niedostrzegalnie. Widział, jak światło w domu zgasło, ale nie widział, jak pani Bolton podeszła do okna, rozsunęła stare firanki z granatowego jedwabiu i stojąc w ciemnym pokoju, wyjrzała ku upragnionemu brzaskowi, czekając, czekając, aż Clifford przekona się naprawdę, że to świt. Bo gdy był pewien, że dzień się budzi, zasypiał prawie natychmiast.
Stała przy oknie, oślepiona sennością, i czekała. A gdy tak stała, wzdrygnęła się nagle i omal nie krzyknęła. Gdyż przy drodze ujrzała człowieka, ciemną postać w półmroku. Otrzeźwiała zupełnie i patrzała bacznie, ale bez dźwięku, który zbudziłby Sir Clifforda.
Światło dzienne poczęło się sączyć na świat, a ciemna postać stała się mniejsza i wyraźniejsza. Pani Bolton poznała fuzję i skórzane sztylpy i fałdzistą kurtkę — to musiał być leśniczy Oliver Mellors. Tak, dojrzała nawet psa, węszącego jak cień i czekającego na swego pana.
Ale czego ten człowiek tu chciał? Czy chciał zbudzić dom ze snu? Po co stał tam jak nieprzytomny i spoglądał w okna, jak zakochany pies przed domem, w którym jest suka?