Mówiła to szczerze. Chętnie by go w ten sposób uczyniła szczęśliwym.

— Ach, wyobraź sobie mnie na Gare du Nord albo w przystani Calais.

— Dlaczego nie? Widuje się przecież i innych mężczyzn, rannych na wojnie, na noszach. Zresztą odbędziemy całą podróż autem.

— Musielibyśmy zabrać dwóch służących.

— O, nie! Dalibyśmy sobie rady z Fieldem. Drugiego człowieka znalazłoby się zawsze na miejscu.

Ale Clifford potrząsnął głową.

— Nie, nie w tym roku, moja kochana! Nie w tym roku. Na przyszły rok prawdopodobnie spróbuję.

Connie opuściła go w ponurym nastroju. Na przyszły rok! Co przyniesie przyszły rok? Ona sama nie miała właściwie ochoty jechać do Wenecji: nie teraz, teraz, kiedy miała tamtego mężczyznę. Postanowiła jednak przedsięwziąć tę podróż jako pewnego rodzaju dyscyplinę: a także dlatego, że gdyby miała dziecko, Clifford pomyślałby, iż miała w Wenecji kochanka.

Był już maj, a w czerwcu miała wyjechać. Zawsze te podziały. Życie było stale podzielone! Koła, które wprawiały człowieka w ruch i popędzały, a nad którymi nie miało się prawdziwej kontroli!

Był maj, ale pogoda była jeszcze chłodna i wilgotna. Chłodny, wilgotny maj, dobry dla zboża i siana! Bardzo ważną rzeczą było teraz zboże i siano! Connie musiała pojechać do Uthwaite, było to okoliczne miasteczko, a Chatterleyowie byli tam jeszcze Chatterleyami. Pojechała sama, Field prowadził auto.