Winter wygłosił to zdanie, które było na wpół usprawiedliwieniem, wobec księcia Walii. A książę odpowiedział swoją gardlaną angielszczyzną:

— Ma pan zupełną słuszność. Gdyby pod Sandringham był węgiel, otworzyłbym szyb na murawie i urządziłbym tam pierwszorzędny ogród. O, za tę cenę gotów bym zamienić zwierzynę na górników. Słyszałem, że ludzie pańscy są bardzo dobrymi robotnikami.

Ale książę miał może zbyt wysokie mniemanie o piękności pieniądza i błogosławieństwach przemysłu. W każdym razie książę został królem, król umarł, a teraz był drugi król, którego głównym zajęciem było otwieranie kuchni dla ubogich.

A dobrzy robotnicy jakoś przytłaczali Shipley. Nowe wsie robotnicze napierały na park, a dziedzic miał nieokreślone wrażenie, że jest to obca ludność. Czuł się on zwykle w sposób zupełnie dobroduszny, ale wielkopański władcą swoich gruntów i swoich górników. A teraz jakieś niedostrzegalne przenikanie nowego ducha wypierało go stąd. To on był teraz nieodpowiedni dla tej okolicy. Niepodobna było nie dostrzec tego. Kopalnie, przemysł, wszystko to miało swoją własną wolę, a wola ta skierowana była przeciwko wytwornemu właścicielowi. Górnicy zaś brali udział w tej woli i trudno było oprzeć się temu. Wola ta wypierała człowieka z tego miejsca, może w ogóle z życia.

Squire Winter, żołnierz, bronił się przed tym. Ale nie miał już ochoty wyjść po kolacji do parku. Krył się niemal w domu. Raz wyszedł z Connie, z gołą głową, w lakierkach i fioletowych skarpetkach, aż do bramy parku, rozmawiając z nią w swój wytworny, nieco afektowany sposób. Ale gdy mijali potem małe grupki robotników, którzy patrzyli na nich, nie kłaniając się i nie robiąc nic innego, Connie spostrzegła, jak chudy, wytworny stary pan wzdrygnął się, wzdrygnął się niby szlachetny samiec antylopy w klatce pod brutalnymi oczyma tłumu. Górnicy nie byli osobistymi wrogami, bynajmniej. Ale duch, który ich przenikał, był zimny i wypierał go stąd. A w głębi ich dusz tliła się ukryta zawiść. Oni „pracowali na niego”. I w brzydocie swojej brali mu za złe jego elegancką, wypielęgnowaną, wytworną egzystencję. „Kimże on jest!” Tę różnicę właśnie brali mu za złe.

A Winter, który miał w sobie wiele z żołnierza, uważał w jakimś najtajniejszym zakątku swego angielskiego serca, że mieli rację, biorąc mu za złe tę różnicę. Czuł, że właściwie niesłuszne jest, aby cała przewaga była po jego stronie. Ale reprezentował określony porządek społeczny i nie chciał się dać wyprzeć.

Chyba przez śmierć. Zaskoczyła go ona nagle, niebawem po wizycie Connie. A w testamencie okazał się dość szczodry dla Clifforda.

Spadkobiercy przystąpili natychmiast do rozbiórki dworu Shipley. Utrzymanie budynku za wiele kosztowało. Nikt nie chciał w nim mieszkać. Został więc zdemolowany. Aleję cisową zrąbano. Park ogołocono z drzew i podzielono na place budowlane. Znajdował się on dość blisko Uthwaite. W dziwnej, nagiej pustelni tej bezpańskiej okolicy powstały małe uliczki na wpół odosobnionych, bardzo wartościowych jednorodzinnych domków! Miasto-ogród Shipley!

Stało się to w ciągu roku od ostatniej wizyty Connie. Oto stało miasto-ogród Shipley, gromada na wpół odosobnionych will z surowych cegieł na nowych ulicach. Nikomu nie przyszłoby na myśl, że przed dwunastu miesiącami znajdował się tu dworek ze sztukateriami.

Ale to było właśnie późniejsze stadium ogrodnictwa krajobrazowego króla Edwarda, w stylu urządzania ozdobnych szybów na murawach.