Milczała.
— Toż chodź — powiedział.
I weszła z nim do szałasu. Było już zupełnie ciemno, gdy zamknął drzwi, więc zapalił małe światło w latarni, jak poprzednio.
— Nie założyłaś bielizny?
— Nie.
— No cóż, więc ja też zdejmę moje rzeczy.
Rozłożył koce, kładąc jeden z boku do przykrycia. Ona zdjęła kapelusz i potrząsnęła włosami. Usiadł, zdjął buty i getry i rozpiął sztruksowe bryczesy.
— Więc połóż się! — powiedział, gdy został tylko w koszuli.
Posłuchała w milczeniu, a on położył się obok niej i okrył ich oboje kocem.
— Tak, to tu — rzekł.