Wymknęła się bocznymi drzwiami i nieco rozżalona skierowała się prosto w stronę szałasu. Kiedy przyszła na polanę, była okropnie niespokojna. Ale on był już tam, bez marynarki, przykucnął na ziemi i wypuszczał kokoszki z kojców do piskląt bażancich, które stały się teraz trochę niezdarne, ale wyglądały o wiele ładniej niż małe kurczęta.

Connie podeszła prosto do niego.

— Widzisz, przyszłam! — rzekła.

— No, toć widza! — odpowiedział leśniczy, wyprostował się i spojrzał na nią z lekka rozweselony.

— Wypuszczasz teraz kury? — zapytała Connie.

— Dyć wysiedziały sie za wszystkie casy — odpowiedział Mellors. — A terozki im już nieskoro do wyjścio i do zarcio. Te kokoszki jak siedzom na gnioździe, to blank nie dbajom ło sia. Cołkiem łoddane som jajcom i pisklyntom.

Biedne kokoszki! Taka ślepa ofiarność! I to dla małych, które nie należą do nich! Connie patrzała na nie ze współczuciem. Bezradne milczenie zapadło między mężczyzną a kobietą.

— Wleziymy do szopy? — powiedział leśniczy.

— Chcesz mnie? — zapytała z nutą nieufności.

— Aj, jeźli chcesz przijść.