I była to prawda.
Connie wstała i sięgnęła po kapelusz.
— Muszę iść — rzekła.
— Naprawdę chcesz już iść? — odpowiedział Mellors uprzejmie.
Chciała, aby jej dotknął, aby coś powiedział. Ale on nie powiedział nic, czekał tylko uprzejmie.
— Dziękuję za herbatę — rzekła Connie.
— Nie podziękowałem jeszcze jaśnie pani za zaszczyt, okazany mojemu czajnikowi — odpowiedział Mellors.
Connie szła przez ścieżkę, a on stał z lekkim uśmiechem w drzwiach. Flossie nadbiegła z podniesionym ogonem. A Connie musiała wchodzić w milczeniu w las, wiedząc, że on stał tam i obserwował ją z owym niepojętym uśmiechem na ustach.
Powróciła do domu bardzo przygnębiona i rozżalona. Pretensja jego, że go wykorzystała, nie podobała się jej wcale, gdyż w pewnym sensie była to prawda. Ale on nie powinien był tego powiedzieć. Szarpały ją więc dwojakie uczucia: gniew na niego i pragnienie pojednania się z nim.
Spędziła bardzo niemiłą i podnieconą godzinę z Cliffordem przy herbacie, potem poszła zaraz na górę do swego pokoju. Ale i tam było nie lepiej; nie mogła znaleźć spokoju. Musiała coś przedsięwziąć. Nie wolno jej było pozostawiać rzeczy ich biegowi. Powinna powrócić do szałasu; jeżeli jego tam nie będzie — nic nie szkodzi.