— Ja... ja nie mogę cię kochać — szlochała, czując nagle, że serce jej pęka.
— Niy możesz? Coż, niy trop sie! Żodne prawo niy godo, iże tak trza. Weź to ja, jak je.
Nadal leżał z ręką na jej piersi. Ale ona odsunęła od niego obie ręce.
Jego słowa dawały małe pocieszenie. Szlochała głośno.
— Niy, niy — powiedział. — Oddzielej rube łod ciynkigo. To było trocha ciynke jak na jedyn roz.
Płakała gorzko, szlochając:
— Ale ja chcę cię kochać, a nie mogę. Tylko to wydaje się okropne.
Zaśmiał się cicho, na wpół gorzko, na wpół z rozbawieniem.
— To niy ma łokropiczne — powiedział — nawet jeźli ci sie tak wydowo. I niy może być łokropiczne. Niy trop sie tym, eli mie przajesz. Niy idzie cie do tego zmusić. W kożdyj kroby na zicher znojdzie sie zły łorzech. Niy idzie łonczyć chroplawego z śliskim.
Zabrał rękę z jej piersi, nie dotykał jej już. Teraz, niedotykana, czerpała z tego niemal perwersyjną satysfakcję. Nienawidziła tego dialektu: cie, mie i niy trop sie. Mógł wstać, jeśli chciał, i stanąć nad nią, zapinając guziki tych absurdalnych sztruksowych bryczesów wprost naprzeciw niej. Nawet Michaelis miał na tyle przyzwoitości, by się odwrócić. Ten człowiek był tak pewny siebie, że nie wiedział, za jakiego błazna uważają go inni, za mieszańca.