— Musisz już iść. Dockej, łoklupia cie ździebko z kurzu — rzekł.
Ręka jego przesuwała się po wypukłościach jej ciała, stanowczo, bez pożądania, ale z łagodną, poufałą bliskością.
Kiedy w półmroku biegła do domu, świat wydawał się niby sen; drzewa w parku, jak gdyby zapuściwszy kotwice w tonie, chybotały się i dążyły ku górze, a zbocze, wiodące do dworu, było żywe.
Rozdział trzynasty
W niedzielę Clifford chciał wyjechać do lasu. Był przepiękny poranek, kwiecie grusz i śliw zjawiło się nagle na świecie niby biały cud, rozsiany tu i ówdzie.
Bolesna to była rzecz dla Clifforda, kiedy cały świat stał w kwieciu, być zmuszonym prosić o pomoc w przenoszeniu się z fotela domowego na motorowy. Ale zapomniał o tym i zdawało się, że jest nawet nieco dumny ze swego kalectwa. Connie ciągle jeszcze cierpiała, kiedy musiała przenosić jego bezwładne nogi. Przeważnie robiła to teraz pani Bolton lub Field.
Czekała na niego u szczytu jezdni, na skraju bukowego lasu. Ruchomy jego fotel nadjeżdżał z pewnego rodzaju chorobliwą, ociężałą powolnością. Kiedy dogonił żonę, rzekł:
— Sir Clifford na swoim ognistym rumaku!
— W każdym razie sapiącym! — zaśmiała się Connie.
Clifford zatrzymał się i spojrzał za siebie na fasadę długiego, niskiego, brunatnego, starego domu.