— Nie będziemy ich pytali o zdanie. Zrobimy to bez ich wiedzy: dla ich własnego dobra, aby ratować przemysł.

— I dla waszego dobra także — rzekła Connie.

— Naturalnie! Dla dobra wszystkich. Ale dla ich dobra znacznie bardziej niż dla mego. Ja mogę żyć bez kopalń, oni nie. Jeżeli nie będzie kopalń, zginą z głodu. Ja mam jeszcze inne źródła zarobkowe.

Spoglądali w rozległą dolinę, ku kopalni i ponad nią na kryte czarnymi dachami domy Tevershall, wpełzające jak żmija na zbocze. Ze starego, brunatnego kościoła brzmiały dzwony: Święto, święto, święto!

— Ale czy robotnicy pozwolą sobie narzucić warunki? — zapytała Connie.

— Moja droga, będą się z tym musieli pogodzić: zwłaszcza, jeżeli się weźmiemy rozważnie do dzieła.

— Czy niemożliwym byłoby wzajemne porozumienie?

— Oczywiście: gdyby oni potrafili zrozumieć, że przemysł stoi ponad jednostką.

— Ale czy ty musisz być posiadaczem przemysłu?

— Nie. Ale w tej mierze, w jakiej jestem jego posiadaczem, tak, bezwarunkowo tak! Własność stała się dzisiaj znowu kwestią religijną, jak była nią już za czasów Jezusa i świętego Franciszka. Ale dewiza, o którą idzie, nie brzmi teraz: „Weź wszystko, co posiadasz, i rozdaj ubogim!”, lecz: „Wykorzystaj wszystko, co posiadasz, dla rozwoju przemysłu, aby dać ubogim pracę!” To jest jedyna droga, aby nakarmić wszystkie usta i przyodziać wszystkie ciała. Oddać wszystko ubogim, to znaczy zarówno dla ubogich, jak i dla nas: zginąć z głodu. A powszechna klęska głodowa nie jest zbyt dostojnym celem. Nawet powszechne ubóstwo nie jest rzeczą nazbyt miłą. Ubóstwo jest brzydkie.