— Ale czy nie powiedziałeś niedawno, że jesteś konserwatywnym anarchistą? — zapytała Connie niewinnie.

— A czy ty zrozumiałaś, co miałem na myśli? — odparł Clifford. — Rozumiałem przez to tylko, że ludzie mogą być, czym chcą, mogą czuć i robić, co chcą, ale ściśle prywatnie, póki nie naruszają formy życia i całego aparatu społecznego.

Connie szła w milczeniu kilka kroków, potem powiedziała uparcie:

— To brzmi, jakby kto mówił, że jajko może gnić, jeżeli chce, byle tylko zachowało skorupkę w całości. Ale zgniłe jajka pękają same.

— Nie sądzę, aby ludzie byli jajkami — odparł Clifford — nawet nie anielskimi jajkami, mój mały ewangelisto.

Tego jasnego poranka był w doskonałym humorze. Skowronki śpiewały ponad parkiem, odległa kopalnia w kotlinie bezgłośnie wyrzucała kłęby pary. Było prawie tak, jak za dawnych czasów przed wojną. Connie nie chciała wywoływać sprzeczki. Ale nie chciała też iść z Cliffordem do lasu. Szła więc obok jego fotelu z pewnego rodzaju upartym zacięciem.

— Nie — rzekł Clifford. — Nie będzie strajku, jeżeli się sprawą dobrze pokieruje.

— Dlaczego?

— Gdyż strajk będzie niemal uniemożliwiony.

— Ale czy robotnicy do tego dopuszczą? — zapytała Connie.