— Czy cię to dziwi? I czy sądzisz, że on spędza swoje najlepsze godziny na spełnianiu dobrych uczynków?
— Sądzę, że posiada pewnego rodzaju wspaniałomyślność.
— Wobec kogo?
— Nie wiem tego dobrze.
— Naturalnie, że nie. Obawiam się, że uważasz brak sumienia za wspaniałomyślność.
Connie zamilkła. Czy tak było w istocie? Możliwe. Ale brak sumienia u Michaelisa miał w sobie dla niej coś przykuwającego. Gdzie Clifford mógł się odważyć zaledwie na kilka lękliwych kroków, on przechodził całą drogę. Na swój sposób zwyciężył świat. I był tym, czym Clifford chciał być. Środki i drogi?... Czy środki i drogi Michaelisa były gorsze niż Clifforda? Czy sposób, w jaki ten biedny outsider we własnej osobie posuwał się i przepychał naprzód, zawsze przez tylne drzwi, był gorszy niż sposób Clifforda osiągnięcia sławy przez reklamę? Za psią boginią Powodzenia biegły tysiące sapiących psów z wywieszonymi ozorami. Ten jedyny, który jej pierwszy dopadł, był prawdziwym psem pośród psów, jeżeli sądzić po rezultatach! Michaelis mógł więc nieść głowę wysoko.
Dziwne było tylko, że tego nie robił. Na herbatę powrócił z wielkim bukietem fiołków i lilii i z tą samą miną wychłostanego psa. Connie zadawała sobie niekiedy pytanie, czy to jest pewnego rodzaju maska, aby rozbroić opór, gdyż wyraz ten był u niego omalże nazbyt trwały. Czy rzeczywiście był takim nędznym psem?
To zachowanie nędznego psa nie uległo u niego zmianie przez cały wieczór, ale Clifford wyczuwał poza tym potajemne wyzwanie. Connie nie czuła tego, może dlatego, że nie było ono skierowane przeciwko kobietom, lecz jedynie przeciwko mężczyznom oraz ich uroszczeniom i pysze. Ten nieustanny bezwstyd wewnętrzny w chudym młodzieńcu był powodem, dla którego mężczyźni okazywali wobec Michaelisa taką zawziętość. Sama jego obecność była prowokacją dla mężczyzny z towarzystwa, chociażby się starał ukryć ją pod pozorami dobrych manier.
Connie była w nim zakochana, przezwyciężyła się jednak o tyle, że siedziała nad swoją robótką i pozwalała mężczyznom mówić, nie zdradzając swoich uczuć. Michaelis zachowywał się doskonale; był tym samym melancholijnym, uważnym, trzymającym się na uboczu młodzieńcem, co poprzedniego wieczora, oddalonym o miliony stopni od swoich gospodarzy, ale dostosowującym się do nich lakonicznie w koniecznej mierze i nigdy, ani na chwilę niewpadającym w podniecenie. Connie miała wrażenie, że zapomniał o poranku. Nie zapomniał. Ale wiedział, gdzie był... na tym samym zewnętrznym miejscu, gdzie byli wszyscy outsiderzy z urodzenia. Miłości nie traktował zupełnie osobiście. Wiedział, że nie przemieni go ona z bezpańskiego psa, któremu każdy zazdrościł złotej obroży, w sympatycznego pieska salonowego.
Faktem decydującym było, że w głębi duszy Michaelis był istotnie outsiderem i człowiekiem antyspołecznym, a z faktem tym godził się obojętnie, chociaż zewnętrznie tak bardzo przypominał Bond Street. Stan wyzwolenia był dla niego koniecznością; podobnie jak pozorne dostosowanie się i kontakt z wytwornymi ludźmi były dla niego koniecznością.