Odwrócił się, a Connie spostrzegła, że za chwilę zacznie łkać.

— Ale nie potrzebujemy zdradzać tego Cliffordowi, prawda? — broniła się. — Toby go naprawdę tak zabolało, a jeżeli się nie dowie, jeżeli nie będzie nawet podejrzewał, nikogo to nie zaboli.

— Ode mnie — zawołał Michaelis niemal gniewnie — ode mnie nie dowie się niczego. Może długo czekać. Ja miałbym się sam zdradzić? Ha! Ha! — Roześmiał się cynicznie na taką myśl. Connie obserwowała go ze zdumieniem. Michaelis powiedział do niej: — Czy mogę ucałować pani ręce i odejść? Jeżeli pani pozwoli, pojadę do Sheffield i zjem tam obiad, a na herbatę będę z powrotem. Czy mogę coś dla pani załatwić? Czy mogę być pewien, że mnie pani nie nienawidzi... i nie będzie nienawidziła? — zakończył z rozpaczliwym tonem cynizmu.

— Nie, nie nienawidzę pana — rzekła Connie. — Uważam, że pan jest miły.

— Ach! — zawołał Michaelis zapalczywie. — Milsze mi to, niż gdyby pani powiedziała, że mnie pani kocha! To oznacza o tyle więcej... Więc do popołudnia. Do tego czasu muszę wiele przemyśleć.

Ucałował pokornie jej ręce i wyszedł.

— Zdaje się, że nie będę mógł znieść obecności tego młodzieńca — rzekł Clifford przy obiedzie.

— Dlaczego? — zapytała Connie.

— Taki z niego karierowicz pod tą przykrywką... czeka tylko, aby człowieka pchnąć z zasadzki.

— Mam wrażenie, że ludzie byli dla niego bardzo nieżyczliwi — rzekła Connie.