— Och, odsłońmy zasłony! Ptaki tak śpiewają! Wpuśćmy słońce — powiedziała.

Zsunął się z łóżka tyłem do niej, nagi, biały i szczupły, i podszedł do okna, pochylił się nieco, rozsunął zasłony i wyjrzał na chwilę. Jego plecy były białe i gładkie, małe pośladki piękne, z widoczną wykwintną, delikatną męskością, tył szyi rumiany i delikatny, a jednocześnie silny.

W tym delikatnym, drobnym chłopcu była wewnętrzna, a nie zewnętrzna siła.

— Ale jesteś piękny! — powiedziała. — Taki czysty i piękny! Chodź! — Wyciągnęła ręce.

Wstydził się odwrócić do niej, bo jego nagość zdradzała podniecenie.

Chwycił swoją koszulę z podłogi i przytrzymał, zasłaniając się, kiedy podchodził do niej.

— Nie! — powiedziała, wciąż wyciągając swoje piękne, szczupłe ramiona i pozwalając opaść piersiom. — Pozwól mi cię zobaczyć!

Upuścił koszulę i stał nieruchomo, patrząc w jej stronę. Przez niskie okno słońce wysyłało promienie, które oświetlały jego uda i szczupły brzuch, a wyprostowany fallus unosił się, ciemny i gorący, z małej chmury wyrazistych, złoto-rudych włosów. Była zaskoczona i przestraszona.

— Jak dziwnie! — powiedziała powoli. — Jak dziwnie on tam stoi! Taki wielki! I taki ciemny i pewny siebie! Czy on taki jest?

Mężczyzna spojrzał w dół na przód swojego smukłego, białego ciała i roześmiał się. Pomiędzy szczupłymi piersiami włosy były ciemne, prawie czarne. Ale u nasady brzucha, gdzie fallus wznosił się gruby i wygięty, były złoto-czerwoną, jaskrawą, małą chmurą.