Patrzył w jej oczy. Uśmiechnął się i pocałował ją. I nagle ocknęła się i usiadła.

— Cieszę się, że tu jestem! — powiedziała.

Rozejrzała się po bielonych ścianach małej sypialni ze spadzistym sufitem i szczytowym oknem, w którym zasunięte były białe zasłony. Pokój był pusty, z wyjątkiem małej, pomalowanej na żółto komody i krzesła, a także małego, białego łóżka, w którym leżała z nim.

— Pomyśleć tylko, że tu jesteśmy! — powiedziała, patrząc na niego z góry. Leżał i patrzył na nią, głaszcząc palcami jej piersi pod cienką nocną koszulą. Kiedy był ciepły i wypogodzony, wyglądał młodo i przystojnie. Jego oczy potrafiły być takie ciepłe. A ona była świeża i młoda jak kwiat.

— Chcę to zdjąć! — powiedział, zgarniając jej cienką batystową sukienkę nocną i ściągając ją przez głowę. Siedziała z gołymi ramionami i zwisającymi piersiami o lekko złotym kolorze. Uwielbiał sprawiać, że jej piersi kołysały się miękko jak dzwoneczki.

— Ty też musisz zdjąć piżamę — powiedziała.

— Oj, niy!

— Tak, tak! — rozkazała.

Więc zdjął starą, bawełnianą kurtkę piżamową i zsunął spodnie. Oprócz rąk, nadgarstków, twarzy i szyi był biały jak mleko, miał delikatne, smukłe, muskularne ciało. Nagle znów wydał się Connie przeszywająco piękny, tak jak wtedy, gdy widziała go tamtego popołudnia, jak się mył.

Złote promienie słońca dotykały zaciągniętych białych zasłon. Poczuła, że chcą wejść do środka.