— Nie denerwuj się — powiedziała stanowczo. — Nie ma sensu się denerwować. Czy naprawdę chcesz być ze mną?

Spojrzała mu w twarz szeroko otwartymi, spokojnymi oczami. Zatrzymał się i nagle znieruchomiał, odwracając twarz na bok. Całe jego ciało znieruchomiało, ale nie wycofało się.

Potem podniósł głowę i spojrzał jej w oczy, z tym swoim dziwnym, lekko kpiącym uśmiechem, mówiąc:

— Ja! Bydźmy razym pod przysięgą.

— Ale naprawdę? — powiedziała, a jej oczy napełniły się łzami.

— Naprowda! Z rynkom na sercu, brzuchu i kuśce.

Wciąż uśmiechał się lekko do niej, z ironią w oczach, z nutką goryczy.

Cicho szlochała, a on położył się obok na kocu przy palenisku i dopiero gdy wszedł w nią, odzyskali nieco spokoju. A potem szybko poszli spać, bo robiło się coraz chłodniej, a oni byli już zmęczeni. Wtuliła się w niego, czując się mała, zwinięta w kłębek, i oboje zasnęli szybko, jednym snem. I tak leżeli bez ruchu, aż słońce wzeszło nad lasem i zaczął się dzień.

Wreszcie obudził się i spojrzał na światło. Zasłony były zaciągnięte. Słuchał głośnego, dzikiego nawoływania kosów i drozdów w lesie. Był wspaniały poranek, około wpół do piątej, jego pora wstawania. Spał tak szybko! To był zupełnie nowy dzień! Kobieta wciąż spała skulona i delikatna. Położył na niej dłoń, a ona otworzyła błękitne, zdziwione oczy, uśmiechając się bezwiednie do niego.

— Obudziłeś się? — powiedziała do niego.