— Tego na pewno nie zrobię.
Mellors podszedł do ognia i wziął buty.
— W takim razie ja wyjdę — rzekł.
Zaczął wkładać buty. Connie wpatrywała się w niego.
— Czekaj! — wybełkotała. — Czekaj! Co między nami zaszło?
Mellors siedział pochylony, zawiązując sznurowadła, i nie odpowiadał. Chwile mijały. Ogarnęło ją otępienie, niemal omdlenie. Cała jej świadomość zamarła. Stała z szeroko rozwartymi oczyma i spoglądała na niego z nieznanej dali i nic już w ogóle nie wiedziała.
Pod wpływem tej ciszy leśniczy podniósł wzrok i ujrzał Connie, stojącą z rozwartymi oczyma i nieprzytomną. I jakby wicher go pognał, podniósł się i pokusztykał do niej, z jedną nogą obutą, drugą jeszcze nie i ujął ją w ramiona, przycisnął do ciała, które wydawało mu się na wskroś obolałe. I tak ją trzymał, i tak ona trwała w jego objęciu.
Aż jego ręce po omacku sięgnęły w dół, by ją poczuć, i wyczuły pod ubraniem, gdzie była gładka i ciepła.
— Moja dzioucho! — mruknął. — Moja mało! Niy walczmy z sobom! Niy przizwolmy nigdy, bychmy mieli z sobom walczyć! Przaja cie i twoj dotyk. Niy wadź sie zy mnom! Niy wadź sie! Niy! Bydźmy razym.
Podniosła twarz i spojrzała na niego.