Mellors roześmiał się i usiadł wyprostowany.
— To fakt! — rzekł. — Wszystko za odrobinę gorącego serca! Ale kobiety tego nie lubią. I ty tego w istocie nie lubisz. Chciałabyś mieć dobre, ostre, przenikliwe obłapianie z zimnym sercem, a potem udawać, jakby to wszystko był cukier. Gdzie twoja czułość dla mnie? Jesteś wobec mnie tak podejrzliwa, jak kot wobec psa. Powiadam ci, potrzeba dwojga, aby być choćby tylko czułymi, aby mieć gorące serca. Obłapianie przypadłoby ci do smaku, aby można je było nazwać czymś wielkim, tajemniczym, jedynie by schlebić znaczeniu twojej osoby. Oznacza ono dla ciebie więcej, pięćdziesiąt razy więcej niż jakikolwiek mężczyzna albo przebywanie z mężczyzną.
— To samo właśnie mogłabym powiedzieć o tobie. Znaczenie twojej osoby jest dla ciebie wszystkim.
— Tak? Więc doskonale! — rzekł Mellors, wykonując ruch, jakby chciał wstać. — Więc trzymajmy się lepiej z dala od siebie. Wolałbym raczej umrzeć niż jeszcze raz spółkować z zimnym sercem.
Connie odsunęła się od niego, a on wstał.
— A sądzisz, że ja tego chcę? — zapytała.
— Spodziewam się, że nie — odpowiedział leśniczy. — W każdym jednak razie połóż się do łóżka, a ja będę spał tu na dole.
Spojrzała na niego. Był blady, twarz miał zgorzkniałą. Taki był daleki w tym cofnięciu się, jak zimny biegun. Mężczyźni byli wszyscy jednakowi.
— Nie mogę wracać do domu, przed rankiem nie mogę wracać.
— Nie, połóż się do łóżka. Jest trzy na pierwszą.