— O to właśnie idzie, widzisz!

Ciągle jeszcze siedziała przytulona do jego kolan. Ale jego duch był szary, nieobecny, daleki, nie istniał dla niej. A wszystko, co mówiła, odpędzało go jeszcze dalej.

— Ale w co ty właściwie wierzysz? — nastawała Connie.

— Nie wiem.

— W nic, jak wszyscy mężczyźni, których kiedykolwiek znałam.

Zamilkli oboje. Potem on ocknął się nagle i rzekł:

— Tak, wierzę w coś. Wierzę w gorące serce. Szczególnie wierzę w gorące serce w miłości, w obłapianie z gorącym sercem. Wierzę, że gdyby mężczyźni potrafili spółkować z gorącym sercem, a kobiety z gorącym sercem to przyjmować, byłoby dobrze. Właśnie to obłapianie z zimnymi sercami jest po prostu śmiercią i obłędem.

— Ale ty ze mną nie spółkujesz z zimnym sercem — zaoponowała Connie.

— Nie chcę z tobą w ogóle spółkować. Serce moje jest teraz tak zimne, jak zimne kartofle.

— O! — zawołała Connie, całując go drwiąco. — Więc postarajmy się, żeby były sautées78.