— Nie wiem, czym jestem. Nadejdą ciężkie dni.

— Nie! — zaoponowała Connie, tuląc się do niego. — Dlaczego? Dlaczego?

— Ciężkie dni nas czekają, nas i wszystkich — powtórzył Mellors z proroczym zasępieniem.

— Nie! Nie mów tego!

Leśniczy zamilkł. Ale Connie wyczuwała w nim ciężką pustkę rozpaczy. Była to śmierć wszelkiego pożądania; śmiercią miłości była ta rozpacz, ziejąca w mężczyznach niby ponura jaskinia, ta rozpacz, w której zatracał się ich duch.

— Tak zimno mówisz o sprawach płci — rzekła. — Mówisz tak, jak gdybyś pragnął tylko własnej przyjemności i własnego zaspokojenia.

Nerwowo buntowała się przeciwko niemu.

— Nie — odpowiedział leśniczy. — Chciałem mieć przyjemność i zaspokojenie od kobiety, ale nigdy go nie miałem, ponieważ nigdy nie chciałem osiągnąć swojej przyjemności i zaspokojenia, jeżeli i ona nie otrzymywała ich jednocześnie ode mnie. A to się nigdy nie udawało. Do tego trzeba dwojga.

— Ale nigdy nie wierzyłeś w swoje kobiety. Nie wierzysz nawet naprawdę we mnie — rzekła Connie.

— Nie wiem, co to znaczy wierzyć w kobietę.