— Nie przejmuj się tym! — rzekła Connie, ujmując za rękę Mellorsa, który siedział w milczeniu, daleki od niej. — Robi się, co można.

— Tak!

Westchnął z krzywym uśmiechem.

Connie przysunęła się do niego i wtuliła się w jego ramiona, kiedy tak siedział przy ogniu.

— Więc zapomnij! — szepnęła. — Zapomnij!

Przycisnął ją mocno w budzącym dreszcz cieple ognia. Płomienie same były jak zapomnienie. A jej miękki, gorący, dojrzały ciężar! Z wolna krew jego zmieniła kierunek i poczęła się cofać z mocą i nieustraszoną siłą życiową.

— I może kobiety chciały naprawdę być przy tobie i kochać cię prawdziwie, a tylko nie umiały. Może nie wszystko było ich winą.

— Wiem o tym. Czy sądzisz, że nie wiem, jakim byłem biednym bydlątkiem, któremu przetrącono kręgosłup?

Przytuliła się nagle do niego. Naprawdę nie chciała zacząć mówić o tym wszystkim, ale jakiś opaczny upór pchał ją do tego.

— Ale teraz nim nie jesteś — rzekła. — Teraz nie jesteś biednym bydlątkiem, któremu przetrącono kręgosłup.