— Tak!

Wstał, odstawił jej buciki do wysuszenia, wytarł swoje i przystawił je do ognia. Rano postanowił je natrzeć tłuszczem. Odsunął jak mógł najdalej popiół kartonu.

— Nawet spalony jest jeszcze ohydny — rzekł.

Potem nałupał suchych gałęzi i przygotował je na rano. Następnie wyszedł na chwilę z psem.

Kiedy powrócił, Connie rzekła:

— I ja wyjdę jeszcze na chwilę na powietrze.

Wyszła sama w ciemności. Ponad nią były gwiazdy. W powietrzu nocnym wyczuła zapach kwiatów i czuła, jak mokre jej buciki stawały się coraz bardziej mokre. Ale miała wrażenie, że najchętniej by odeszła, odeszła precz od niego i od wszystkich.

Było dotkliwie chłodno. Przejął ją dreszcz i powróciła do domu. Mellors siedział przed wygasłym ogniem.

— Uch! Zimno! — otrząsnęła się Connie.

Leśniczy dorzucił chrustu na ogień i przyniósł go więcej, aż na kominku zatrzaskał wesoły płomień. Migoczące, chwiejące się żółte języki czyniły ich oboje szczęśliwszymi, rozgrzewały ich twarze i dusze.