— Oczywiście! — odrzekła. — Nawet gdy jest miękki i mały, czuję, że moje serce jest do niego po prostu przywiązane. A jakie piękne masz tu włosy! Całkiem, całkiem inne!
— To włosy Johna Thomasa, nie moje — stwierdził.
— John Thomas! John Thomas! — i szybko pocałowała miękkiego penisa, który znów zaczynał się poruszać.
— Aj! — powiedział mężczyzna, rozciągając ciało niemal boleśnie. — Ten dżentelmen ma swoje korzenie w mojej duszy! I czasami nie wiem, co z nim zrobić. Aj, on ma swoją własną wolę i trudno mu dogodzić. A jednak nie chciałbym, żeby go zabito.
— Nic dziwnego, że mężczyźni zawsze się go bali! — powiedziała — Jest raczej okropny.
Drżenie przechodziło przez ciało mężczyzny, gdy strumień świadomości znów zmienił kierunek, kierując się w dół. I był bezradny, gdy penis w powolnych, miękkich falowaniach napełnił się, wzniósł, nabrzmiał i stwardniał, stanął twardy, nadmiernie wystający, w swoim osobliwym, wyniosłym stylu. Kobieta również lekko drżała, gdy patrzyła na to.
— Weź go więc! Jest twój! — powiedział mężczyzna.
Zadrżała, a jej własny umysł się roztopił. Ostre, miękkie fale niewypowiedzianej przyjemności zalały ją, gdy w nią wszedł, i zapoczątkowały osobliwe, roztopione dreszcze, które rozprzestrzeniały się i rozprzestrzeniały, aż została porwana przez ostatni, ślepy, ostateczny przypływ.
Usłyszał odległe syreny Stacks Gate o godzinie siódmej. Był poniedziałkowy poranek. Zadrżał lekko, leżąc z twarzą między jej miękkimi piersiami. Przycisnął je do uszu, żeby zagłuszyć ten dźwięk.
Ale ona nie słyszała wcale gwizdków parowych. Leżała zupełnie cicho, z przejrzystą jasnością w duszy.