— Ale czy to się nigdy nie skończy? — zapytała Connie.

— Tak, naturalnie. Sprowadzi to samo swój ratunek. Kiedy ostatni człowiek zostanie zabity, kiedy wszyscy staną się potulni: biali, czarni, żółci, potulni ludzie we wszystkich barwach: wtedy poszaleją wszyscy. Bowiem korzeń wszelkiego zdrowego rozumu tkwi w jądrach. Wtedy poszaleją wszyscy i urządzą swoje wielkie auto-da-fé79. Wiesz przecież, auto-da-fé znaczy akt wiary? No tak, urządzą swój wspaniały, mały akt wiary. Jeden drugiego złożą w ofierze.

— Chcesz powiedzieć, że jeden drugiego pozabijają?

— Tak, kochanie! Jeśli będziemy kroczyli dalej w dotychczasowym tempie, za sto lat nie będzie na tej wyspie dziesięciu tysięcy ludzi. Może nawet dziesięciu nie będzie. Z rozkoszą wytrzebią się wzajemnie.

Grzmot zahuczał teraz dalej.

— Jakie to cudowne! — rzekła Connie.

— Niezmiernie cudowne! Pomyśleć o wytrzebieniu gatunku ludzkiego i o długiej pauzie, jaka potem nastąpi, zanim się zjawi nowy gatunek: to człowieka uspokaja bardziej niż cokolwiek innego. A jeśli tak dalej pójdzie, że wszyscy, inteligencja, artyści, rządy, przemysłowcy i robotnicy, wszyscy w obłędzie zabijają ostatnią odrobinę ludzkiego uczucia, ostatnią odrobinę swojej intuicji, ostatnią resztkę zdrowego instynktu, jeżeli to, co się teraz dzieje, będzie rosło w postępie algebraicznym: w takim razie żegnaj, gatunku ludzki! Bywaj zdrów, kochaneczku! Wąż połyka siebie samego i pozostawia pustkę, porządnie zapaskudzoną, ale nie beznadziejną. Niezmiernie cudowne! Kiedy dzikie psy wyją we Wragby, a dzikie koniki kopalniane wierzgają na hałdach Tevershall! Te deum laudamus!80

Connie roześmiała się, ale niezbyt wesoło.

— Powinieneś się więc cieszyć, że oni wszyscy są bolszewikami — rzekła. — Powinieneś się cieszyć, że wszyscy pędzą ku zgubie.

— I cieszę się też. Nie zatrzymuję ich. Nie mógłbym zresztą, nawet gdybym chciał.