Rozdział szesnasty
Connie przeszła po powrocie do domu przez prawdziwy krzyżowy ogień pytań. Clifford wyjechał na podwieczorek i powrócił krótko przed burzą, a gdzie była jaśnie pani? Nikt nie wiedział, tylko pani Bolton sądziła, że może poszła na spacer do lasu. Do lasu, w taką pogodę! — Clifford posunął się tym razem aż do stanu nerwowego szaleństwa. Podrywał się za każdą błyskawicą i wzdrygał przy każdym grzmocie. Spoglądał w lodowaty deszcz, jakby koniec świata był bliski. Podniecał się coraz bardziej.
Pani Bolton usiłowała go uspokoić.
— Na pewno schroniła się do szałasu, aż burza przeminie. Niech się pan nie martwi, jaśnie pani jest bezpieczna.
— Nie podoba mi się, że podczas takiej burzy jest w lesie. Nie podoba mi się, że w ogóle jest w lesie. Nie ma jej już od przeszło dwóch godzin. Kiedy wyszła?
— Krótko przed pańskim powrotem.
— Nie widziałem jej w parku. Bóg wie, gdzie ona jest i co się jej mogło stać.
— O, na pewno nic się jej nie stało. Przekona się pan, że wróci zaraz do domu, gdy tylko deszcz ustanie. Jedynie deszcz zatrzymuje ją jeszcze.
Ale jaśnie pani nie wróciła zaraz do domu, gdy tylko deszcz ustał. Przeciwnie, czas mijał, słońce wyjrzało zza chmur, aby rzucić ostatnie, żółtawe promienie, a Connie ciągle jeszcze nie było widać. Słońce zaszło, zapadł mrok, gong zabrzmiał już po raz pierwszy na kolację.
— Tak być nie może! — zawołał Clifford, obłąkany z niepokoju. — Wyślę Flinta i Bettsa, żeby jej poszukali.