Nagle Connie zatrzymała się na środku ścieżki.

— To potworne, żeby mnie tak śledzić na każdym kroku!— — rzekła, a oczy jej zabłysły.

— O, niech jaśnie pani tego nie mówi! Na pewno posłałby Flinta i Bettsa, a oni poszliby prosto do szałasu. Ja nie wiedziałam nawet dokładnie, gdzie to jest.

Policzki Connie pociemniały jeszcze bardziej z gniewu wobec tej aluzji. Ale póki była pod władzą namiętności, nie potrafiła kłamać. Nie mogła nawet udawać, że między nią a leśniczym nic nie było. Spojrzała na kobietę, która stała przed nią tak przebiegle, z głową pochyloną, a jednak w kobiecości swej była jej sprzymierzoną.

— Co tam! — zawołała. — Jak jest, tak jest. Mnie tam wszystko jedno!

— Ależ wszystko jest w porządku, proszę jaśnie pani! Po prostu schroniła się pani do szałasu. Nie ma w tym nic złego.

Ruszyły dalej ku domowi. Connie weszła do pokoju Clifforda, wściekła na niego, na jego bladą, niezmiernie podnieconą twarz i na jego wybałuszone oczy.

— Muszę przyznać, że nie uważam, aby potrzeba było wysyłać za mną służbę — wybuchnęła.

— Boże wielki! — krzyknął Clifford. — Gdzieżeś ty była, okropna kobieto? Nie było cię w domu od szeregu godzin, od szeregu godzin, przy takiej pogodzie! Czegóż ty u licha szukałaś w tym przeklętym lesie? Po co w ogóle wychodziłaś? Co robiłaś przez ten czas? Deszcz ustał już od kilku godzin, od kilku godzin! Czy wiesz, która godzina? Potrafisz człowieka wpędzić w obłęd! Gdzie byłaś? I co do wszystkich diabłów robiłaś przez ten czas?

— A gdybym nie miała ochoty powiedzieć ci tego?