Clifford wlepił w nią nieprzytomny wzrok. Co myślał w podświadomości, tego nie mógł wiedzieć. A zbyt był oszołomiony, żeby móc w świadomości zdobyć się na jedną choćby jasną myśl. Po prostu w jakiejś pustce wchłaniał w siebie wszystko, co Connie mówiła. I podziwiał ją. Na to nic nie mógł poradzić, musiał ją podziwiać. Była tak podniecona, wyglądała tak ładnie i mile: tak miłośnie.
— W każdym razie — rzekł — będziesz mogła mówić o szczęściu, jeżeli wyjdziesz z tego bez silnego przeziębienia.
— O, nie przeziębiłam się na pewno — odpowiedziała Connie.
Myślała sobie o słowach tamtego mężczyzny: Masz najładniejszy tyłek na świecie! Chciała, bardzo chciała móc powiedzieć Cliffordowi, że ktoś jej to powiedział podczas tej słynnej burzy. A jednak! A jednak zachowała się jak obrażona królowa i poszła na górę, żeby się przebrać.
Wieczorem Clifford chciał być wobec niej uprzejmy. Czytał jedną z najnowszych książek naukowo-religijnych: odznaczał się on jakąś nieszczerą religijnością i egocentrycznie troszczył się o przyszłość własnego „ja”. Nawyknieniem jego było toczyć z Connie konwersacje na temat jakiejś książki, gdyż konwersacje były między nimi konieczne, niemal chemicznie konieczne. Niemal chemicznie musieli łączyć się z sobą w głowach.
— Co sądzisz o tym? — zapytał, sięgając po książkę. — Nie potrzebowałabyś chłodzić rozpalonej głowy, biegając po deszczu, gdybyśmy mieli za sobą kilka dalszych eonów ewolucji. O, tutaj jest to zdanie! „Na wszechświat można patrzeć z dwóch stron. Z jednej następuje w nim upadek fizyczny, z drugiej wzniesienie się duchowe”.
Connie słuchała, czekając na ciąg dalszy. Ale Clifford przerwał. Spojrzała na niego zdumiona.
— Jeżeli wszechświat wznosi się duchowo, co zostawia pod sobą, w miejscu, gdzie był jego ogon?
— Ach! — zawołat Clifford — Musisz to rozumieć tak, jak autor to rozumie. Wzniesienie się jest tu, jak sądzę, przeciwstawieniem upadku.
— Więc jakby duchowe nadęcie się!