— A czym się wytarłaś?
— Jakimś starym ręcznikiem. Wyschłam przy ogniu.
Ciągle jeszcze wpatrywał się w nią jak rażony udarem.
— A gdyby ktoś nadszedł? — zapytał.
— Któż by mógł nadejść?
— Kto? Ależ ktokolwiek! A Mellors? Czy on tam nie przychodzi? Musi przecież przychodzić co wieczór!
— Tak, przyszedł później, gdy się wypogodziło, żeby nakarmić bażanty.
Mówiła ze zdumiewającą obojętnością. Pani Bolton, która podsłuchiwała w sąsiednim pokoju, była zdumiona. Pomyśleć, że ta kobieta mogła to mówić tak swobodnie!
— Ale wyobraź sobie, że przyszedłby, kiedy ty biegałaś po deszczu i nic na sobie nie miałaś, jak wariatka!
— Przypuszczam, że przeżył by największe przerażenie swego życia i uciekłby, jak tylko by mógł najszybciej.